top of page

Miłość do siebie


Nie jestem samochodem. Powtarzam to jak mantrę. Nie jestem samochodem. Nie działam tak, że - gdy popsuje mi się skrzynia biegów - trzeba naprawić skrzynie biegów i jest po kłopocie. Nie działam tak, że - gdy boli mnie głowa - tabletka mi pomoże. Nauczono nas tak myśleć, ale nie działamy tak.


Nie pamiętam, kiedy pojawiły się moje pierwsze migreny, ale była to szkoła podstawowa. Po czterdziestu latach mogę powiedzieć, ze w tej chwili migreny miewam. Przez minionych czterdzieści lat myślałam o sobie: jestem migrenowcem. Nie miewałam migren, ja je regularnie przeżywałam. Owszem, neurolog mnie nieco wyciągnął z najgłębszej otchłani, ale tak naprawdę pomogło mi odejście z etatu. Tyle ze nie etat był przyczyna pierwotną, wszak temat głowy był gorący od podstawówki.


Dlaczego o tym piszę? Dlatego ze 40 lat zaleczałam nie to, co było przyczyną. Przez czterdzieści lat wrzucałam w siebie tabletki, mocniejsze z miesiąca na miesiąc. Przez 40 lat łudziłam się, że skuteczność tabletki rozwiązuje problem. No nie. To działało… do następnego razu. Czyli nie działało, bo nie sięgało przyczyny. Nie chodzi tu nawet o to, że nie trafiłam na dobrego lekarza. Chodzi o to, że w ogóle myślimy o sobie fragmentarycznie.


A przecież nie jesteśmy samochodami. Owszem, gdy boli ząb, idę do dentysty. Ale ból tego zęba sięga i fizyczności, bo na przykład jem za dużo słodyczy, i emocjonalności, bo moje napięte nerwy powodują, że zaciskam zęby, i intelektu, jeśli nie szukam informacji, nie łączę kropek, nie widzę związku, i duchowości, jeśli uważam, że wszystko to bez sensu, bo i tak skończymy w piachu.


Dbanie o siebie we wszystkich wymiarach przynosi pełnię dobrostanu. Tylko wtedy, gdy dostrzegamy potrzebę widzenia siebie w wielowymiarowym obrazie, możemy cieszyć się życiem. Nie oznacza to, że - jeśli jestem kaleką - nie mogę się nim cieszyć. Mogę. Jeśli dbam o to, co funkcjonuje. Można cieszyć się życiem, będąc niewidomym, nie mając nogi, woreczka żółciowego, jeśli z szacunkiem odnosimy się do tego, co mamy. Można cieszyć się życiem po stracie bliskiej osoby, jeśli po odbytej żałobie, której nie da się skrócić, dostrzeżemy wartość, jaką ta osoba wniosła w nasze życie. Jeśli docenimy to, co mamy. Można cieszyć się życiem, straciwszy w wyniku komplikacji po jakimś wypadku umiejętność pisania, czytania, jeśli zaczniemy się tego uczyć na nowo z cierpliwością i wyrozumiałością dla siebie.


Dosyć długo, choć kwestia czasu jest dyskusyjna i co długie dla jednego, dla innego jest chwilą, była przekonana, że ważne jest to, co w głowie. Pewnie do tego przyczyniły się moje kompleksy i pełna pogardy postawa licealnego nauczyciela wychowania fizycznego. Ale nie oszukujmy się, to tylko  były wymówki. Teraz patrzę na to przez pryzmat chęci zrozumienia. I widzę też, że wiele się musi wydarzyć, żebyśmy tak naprawdę zajęli się swoim fizycznym dobrostanem. Widzę wokół siebie kobiety, które przeznaczają sporo czasu na dbanie o swój dobrostan i to im zupełnie nie przeszkadza w paleniu papierosów i zupełnie nie widzą sprzeczności w sowich działaniach. Widzę kobiety twierdzące, że dbają o swój dobrostan i jednocześnie nie zwalniające na chwilę do momentu, w którym szorują nosem o ziemię. Widzę kobiety, które w dbanie o dobrostan wrzucają codzienną lampkę wina. Widzę kobiety, którym dbanie o dobrostan nie przeszkadza w plotkowaniu. Widzę mężczyzn twierdzących, że dbają o siebie, co zupełnie nie przekłada się na ich stosunek do swoich podwładnych, współpracowników czy klientów. Widzę ludzi, którzy deklarują, że dostrzegają  jakiś problem, widzą potrzebę zaopiekowania się pewnym aspektem swojego życia i… odkładają to na później. Po weekendzie, po pierwszym, na urlopie, po urlopie, po Nowym Roku.


Czy jestem bez winy? Oczywiście, że nie. Nie uderzam kamieniami na oślep. Widzę też w sobie, że z niektórymi sprawami czekam, aż tylko - żeby zacytować poetę „muszę tylko uratować świat […] Świat potrzebuje mnie, sytuacja jest poważna”.


No nie. Wcale tak nie jest. Świat może się obejść bez naszej ciągłej aktywności na rzecz dzieci, domu, rodziny, pracy, sąsiadów, piesków, kotków, praw do…  Nie chodzi o to, że są to nieważne kwestie. Chodzi o to, że tak naprawdę nie zmienimy świata, nie zmieniając siebie.


Nasza działalność na rzecz dzieci, kotków, rodziny, oceanów, lasów czy domu jest o kant stołu rozbić, jeśli robimy to z pułapu walki, z pułapu agresji, z pułapu poświęcania siebie. Świat nie chce naszej ofiary. Świat, jeśli w ogóle czegoś od nas potrzebuje, to szeroko rozumianej miłości.


A ta miłość ma swój początek w miłości do siebie. Nie da się kochać drugiej osoby, nie kochając siebie. To może być ekscytacja, fascynacja, szacunek, przywiązanie, ale nie miłość.


Ta miłość do siebie to właśnie dbanie o siebie na wszystkich poziomach. Ta miłość do siebie to zaopiekowanie się sobą w tych aspektach, które do tej pory traktowaliśmy po macoszemu. Ta miłość do siebie odwaga przyjrzenia się, jakie mam potrzeby, czego mi brakuje, jakie przestrzenie są ziemią niczyją. Ta miłość do siebie to danie sobie tego, co chcielibyśmy dać komuś, kogo kochamy.


Zatem: Co cię męczy, stresuje, wywołuje napięcie - w ciele i emocjach, smuci, denerwuje? Zrezygnuj z tego.


Zatem: Czego sobie odmawiasz? Na co nie dajesz sobie pozwolenia? Na co, według siebie, nie zasługujesz? Na co - dla siebie - nie masz czasu? O czym marzysz? Jak chciałabyś/chciałbyś spędzić dzień? I daj to sobie.


Czy to jest proste? NIE. Dla kogoś, kto cale życie spędził w poczuciu służby i poświęcenia to będzie trudne. Ale nie niewykonalne. Dla kogoś, kto cale życie myślał o innych, nie o sobie - może być zawstydzające i krępujące. Dla kogoś, kto ciagle coś, gdzieś, szybciej, więcej, może to być zawracaniem głowy, co jest formą obrony, chęcią ucieczki…


Zatem to może nie być proste. Pytanie jednak jest inne.  O wiele ważniejsze. Czy uważasz, że jesteś wart/-a swojej uwagi?


Jeśli uważasz, że jesteś dla siebie ważny/-a, że jesteś wart/-a swojej uwagi, to doprawdy, na co jeszcze czekasz? Zaczynaj. Nie w poniedziałek, nie jutro, a teraz.


Jeśli uważasz, że nie jesteś wart/-a swojej uwagi, czyli że jesteś tu tylko po to, by złożyć siebie w ofierze, to spytam inaczej… Dlaczego zakładasz, że ktoś, kto jest niegodny swojej uwagi, może w jakikolwiek sposób pomóc innym ludziom czy światu?


Zostawiam Cię z tymi pytaniami. I refleksją, że każdy dzień jest dobry, by zacząć od nowa. W takim szerokim, pełnym spojrzeniu na siebie. Jak na istotę skomplikowaną, wieloaspektową, składającą się z wielu warstw domagających się uważności.

Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
bottom of page