Gdy składamy siebie w ofierze...
- Ewa Joanna Sankowska

- 3 dni temu
- 5 minut(y) czytania

Wypalenie nie jest li tylko domeną zawodową. Można doznać wypalenia w związku, relacji towarzyskiej, przyjacielskiej, koleżeńskiej.czy nawet rodzinnej. Można także przejść wypalenie z działalności charytatywnej, społecznej. A nawet w pracy nad sobą. Wszystko jest możliwe, jeśli nie zadbamy o siebie w naszym działaniu - czy to dla świata, społeczności, rodziny, partnera czy, paradoksalnie dla siebie.
O wypaleniu zawodowym powiedziano już wiele rzeczy. Dopaść może najbardziej zaangażowanego i oddanego swojej pracy człowieka. Jeśli nie będzie doceniany, jeśli wynagrodzenie nie będzie przejrzyste, jeśli zakres obowiązków będzie się zmieniał i był zależny od kaprysów przełożonego. Jeśli działania owego przełożonego będą nieprzewidywalne, jeśli wydarzenia będą zaskakiwały i nie będzie pewności i stabilizacji. Jeśli będzie mobbing, brak poczucia bezpieczeństwa. Jeśli nasze godziny pracy będą się wydłużać. Jeśli będziemy do domu przynosić pracę - pod postacią fizyczną bądź pod postacią neiwspierajacyph uczuć. I w druga stronę, jeśli będzie marazm, nuda, ograniczenia, podcinanie skrzydeł, brak sprawczości, możliwości rozwoju, wiary w zmianę. I szereg innych czynników. To już wiemy, choć ciągle dajemy się nabrać na przekonania, że bez nas świat zawodowy się zawali i po prostu musimy się poświęcić - jeszcze ten tydzień, miesiąc, tylko do urlopu…
Wypalić można się i w relacji. Jeśli ciągle będziemy robić za karetkę pogotowia. Ciągle w gotowości na wezwanie - do pomocy przy przeprowadzce, porządkach, zakupach, użyczeniu ucha i ramienia do wysłuchania i wypłakania. Ciągle w trybie czuwania, bo ktoś może nas do czegoś potrzebować. Ciagle w biegu, w aktywności, w byciu-dla. Ale i może być w drugą stronę. Gdy jestem dla kogoś bez wzajemności. Staram się, daję, a nie otrzymuję. Gdy czekam i się nie doczekuję. Gdy komunikuję potrzeby, a druga strona ich nie rozumie. Gdy proszę i spotykam się z obojętnością. Gdy jestem na dalekim miejscu potrzeb tej drugiej strony.
Wypalić się można w działaniu. W robieniu tego, co się kocha. Gdy robię i nie widzę efektu. Gdy daję siebie, a spotykam się ze wzgardą czy choćby obojętnością. Gdy nie jestem zrozumiana/-y. Gdy odbijam się od systemu, biurokracji, urzędów, ludzi, którzy nie widzą wartości w tym, co robię. Ale i inaczej… Gdy jestem tak bardzo dla świata, że sam/-a siebie lekceważę, zaniedbuję, zostawiam. Gdy unieważniam swoje potrzeby. Gdy wydaje mi się, że na mnie przyjdzie czas, kiedyś - po tym projekcie, na urlopie, po urlopie, kiedyś tam… Gdy ważniejszym jest pozyskanie pieniędzy na kotki od zadbania o swoją dietę. Gdy ważniejszym jest zrobienie imprezy dla społeczności od mojego snu. Gdy ważniejszym jest remont świetlicy niż moja relacja z partnerem czy moje dzieci. Zawsze wtedy gdy wyżej stawiam świat niż siebie i za to płacę - nawet w opcji PayPo.
Wypalić się można także, gdy nadmiernie stawiamy na swój rozwój. Paradoksalnie. Na pierwszy rzut oka w sprzeczności w tym, o czym wyżej. Gdy jednak w idei rozwoju osobistego zapiszemy się na miliony szkoleń i zaczniemy wdrażać jednocześnie wiele skądinąd dobrych interwencji, może dojść do zmęczenia materiału… Jeśli skończy się tylko na zmęczeniu, znużeniu, to może być dobrą lekcją. Czasem jednak brak uważności może doprowadzić do takiego momentu, w którym jedynym wyjściem jest… porzucenie siebie, przeniesienie uwagi na coś poza sobą… Kiedy? Gdy w szale rozwojowym (czy pseduorozwojowym) jeździmy z warsztatów na warsztaty. Gdy wchodzimy ciągle w nowe przestrzenie, zachwycając się nimi, ale nie wdrażamy zmian. Gdy ślepo wierzymy w horoskopy, numerologię, inne koncepcje, czyniąc z nich wyrocznię zamiast podpowiedzi. Gdy wypełniamy swój dzień rytuałami i czynnościami, nie zostawiając miejsca na tak zwane normalne życie.
Nie chodzi mi o to, by w czambuł potępić literaturę, warsztaty, wszelkie koncepcje. Zupełnie nie o tym mówię. Mówię o ślepej wierze w jakąkolwiek koncepcję.
Przeszłam przez fascynację horoskopami nawalnymi, numerologią. Robiłam je sama, zgłębiając całkiem solidną materię. Ale jedno i drugie służy jako podpowiedź, jako sposób poznania siebie, zrozumienia, dlaczego tak a nie inaczej działam. Nie w celu znalezienia wymówki, a w celu zaakceptowania i wykorzystania do swojego rozwoju. To samo dotyczy Human Design, DNA Talentu, wszelkich testów talentu. To nie jest żadna wyrocznia. Wejście w każdą z tych koncepcji (i każdą inną) bez refleksji, bez pracy nad sobą, bez wykorzystania swoich mocy, zasobów, bez stanięcia twarzą w twarz ze swoimi demonami odbiera nam sprawczość, prowadzi do fatalizmu.
Udział w warsztatach, kursach, szkoleniach, odosobnieniach może być korzystny i stanowić punkt zwrotny. Pod warunkiem, że nie żyjemy od warsztatów do warsztatów. Same zajęcia, jak cudowne by nie były, jakakolwiek charyzmatyczna osoba by ich nie prowadziła, nic nie dadzą, jeśli nie wdrożymy tej wiedzy w codzienne życie. Objazdowe tournée po warsztatach może doprowadzić do wypalenia, ponieważ w którymś momencie obudzimy się z refleksją pokaźnych rachunków wydanych na zajęcia, podróże i - niestety - zupełnym brakiem zmian w życiu. Jeśli jest nam dobrze jedynie podczas zajęć, a życie codzienne w dalszym ciągu przysparza trosk, nerwów, żalu, frustracji, to coś jest nie tak, jak być powinno. To zderzenie się oczekiwań z rzeczywistością jest furtką do wypalenia. Oto bowiem zaangażowaliśmy czas, energię, pieniądze. Oto bowiem może i zrezygnowaliśmy z dotychczasowego życia towarzyskiego, innych zainteresowań. A codzienność jak skrzeczała, tak skrzeczy… I wcale nie dlatego, że ktoś nas oszukał. Wcale nie dlatego, że to wszystko bzdury.
Rozwój - osobisty czy duchowy - nie jest li tylko czytaną literaturą, udziałem w warsztatach. Jeśli w ten sposób do tego podchodzimy, możemy naprawdę skończyć w zniechęceniu, rozczarowaniu i rezygnacji.
Rozwój - osobisty czy duchowy - nie może być ślepą wiarą w jakąkolwiek koncepcję, bo koncepcja jest - jak sama nazwa mówi - tylko koncepcją, próbą opisania rzeczywistości. A każda taka próba jest w mniejszym lub większym stopniu ułomna. Dostrzeżenie skazy na koncepcji, w której złożyliśmy nadzieję, może doprowadzić do utraty wiary w cokolwiek.
Rozwój - osobisty czy duchowy - nie może opierać się na rytuałach, za którymi nie stoi nasze wewnętrzne przekonanie o jakości świata. Gdy bowiem uzmysłowimy sobie, że wykonywanie znaku krzyża, zakopywanie krwi miesięcznej w ziemi, zawiązywanie czerwonej wstążeczki na dziecięcym wózku nie mają absolutnie żadnego przełożenia na nic, zostaniemy bez niczego - zawieszeni w próżni, opuszczeni przez koncepcję, która rozsypała się w drobny mak.
Rozwój - osobisty czy duchowy - nie może być fragmentaryczny, cząstkowy, dotyczyć jakiegoś kawałka naszego życia. Wtedy zawsze inny fragment, inny kawałek pozostanie ominięty, zaniedbany i wołający w pustce o pomoc.
Jeśli rozwój - osobisty czy duchowy - nie opiera się na pracy dążącej do zrozumienia siebie, do holistycznego potraktowania siebie, do odnalezienia sensu, skazany jest na niepowodzenie. A takie prowadzi do wypalenia.
Można wypalić się na wszelkie sposoby, a każdej materii życia. Jeśli brakuje nam uważności na siebie, na swoje potrzeby, na swoje uczucia, jeśli nie słuchamy swojej intuicji, jeśli ślepo podążamy cudzą drogą, wcześniej czy później staniemy oko w oko z poczuciem, że nasza energia poszła w gwizdek.
Całe szczęście i z tego można wyjść. Tylko po co myśleć o leczeniu, skoro można zapobiegać…



Komentarze