top of page

Radość i obfitość.

Złoto w przypadkowych miejscach. Losowo. Tam, gdzie los je rzucił ku radości. Obfitość zaskakująca, niezaplanowana, nieoczywista.


Błogosławione nieudane projekty...


Zdarza Ci się, że coś planujesz i wychodzi coś totalnie innego, niepodobnego w niczym do pierwotnego planu? Na pewno się zdarza. Każdemu.


Najgorzej w takich chwilach trzymać się swojego oczekiwania, swojej wizji końca. I chociaż mówię, że warto taką wizję końca mieć, to jednak teraz sugeruję, by nie trzymać się jej kurczowo. Albowiem kurczowe trzymanie się jakiejkolwiek wizji jest po prostu szkodliwe.


Życie nas zaskakuje, nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich zmiennych wpływających na siebie, na innych, na nasze projekty. Każdego dnia czujemy się inaczej, mamy inną percepcję, inny nastrój. Podchodzimy do zadań w nowymi doświadczeniami, które oddziałują na nas w różny sposób. Nasze relacje z bliźnimi są uzależnione zarówno od tego, co dzieje się w naszym życiu, jak i od tego, co dzieje się w ich życiu. To zaś, co ma miejsce na styku naszych doświadczeń, tworzy nową rzeczywistość.


Nie da się przewidzieć w stu procentach, co wyjdzie z takiego spotkania się jednego człowieka z drugim. Nie da się przewidzieć, co wyjdzie z jakiejkolwiek naszej aktywności, nawet jeśli zaangażowani w nią jesteśmy samodzielnie.


Kurczowe trzymanie się tego, co chcemy osiągnąć, wiedzie prostą drogą do rozczarowania. Warto mieć ustawiony azymut, warto wiedzieć, w którą stronę podążać, ale ostateczny rezultat niemal zawsze jest nieco zaskakujący.


Ten obraz też o tym jest. Czy raczej – stanowi ilustrację tego, o czym piszę. Złoto miało być rozmieszczone według pewnego planu. Wprawdzie już nie pamiętam, jakiego, ale efekt, który jest widoczny teraz, daleki jest od założeń. Cóż, winny jest tu mikstion, na który złoto było nakładane, i mam nadzieję, że spędza teraz czas w poczuciu wykonania zaskakującej pracy...


Pierwsze chwile były – nie ukrywam – rozczarowujące. Gdy zobaczyłam, że z miejsc, w których złoto miało być przyklejone, odrywają się kolejne płaty, zacisnęłam zęby. Tak, wiedziałam, że klej był nieco stary, ale miałam nadzieję, że nie aż tak... Na szybko kombinowałam, co mogę zrobić, by uratować obraz. I, gdy zmiotłam resztki złota z płótna, usiadłam z poczuciem pewnej straty.


Ale że nauczyłam się już dostrzegać pozytywy w trudnych sytuacjach, spojrzałam raz jeszcze i pomyślałam, ze takie nieoczywiste, nieregularne plamy złota mają swój urok. Spojrzałam drugi raz i pomyślałam, że pewnie - gdybym chciała osiągnąć taki efekt – nie udałoby mi się to. Spojrzałam trzeci raz i zrozumiałam, że złota radość i obfitość przychodzą w nieoczekiwanych momentach. Nie wysyłają telegramów, nie zapowiadają się wcześniej. Nie każą przygotować sobie obiadu z dwóch dań i deserem. Po prostu się pojawiają i oznajmują: oto jestem.


Zatem obraz, który miał ilustrować radość i obfitość nie może być od linijki do linijki. I bardzo dobrze, że jest właśnie taki nieoczywisty, niezaplanowany.


Rok się kończy, siedzę w swoim cudownym fotelu i zastanawiam się, czy dawałam się ponieść nieoczekiwanym radościom. I co robiłam, gdy się nie pojawiała, choć okoliczności raczej były sprzyjające. Czy przyjmowałam obfitość, czy raczej oczekiwałam, że się pojawi.


I już wiem, że radości na siłę wyzwolić się nie da. Że – jeśli jestem w nastroju melancholijnym – warto jest spędzić czas w ciszy, nie biec z hałasem między ludzi. Jeśli pojawia się – iść za nią, celebrować i dzielić się nią z innymi. Nie oczekiwać, aż radość i obfitość spłyną. Nie wymagać, by były, gdy ich nie ma. Być otwartą na ich przybycie i cieszyć się nimi.


A Ty? Oczekujesz, by były na zawołanie? By pojawiały się wtedy, gdy są potrzebne? Czy raczej podążasz za nimi, ciesząc się, gdy są?

 
 
 

Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
bottom of page