top of page

Piłą gwoździa nie wbijesz...


Jakiż on uduchowiony, zachwycała się, słuchając podcastu. Jakaż ona świadoma, z nutką zazdrości myślała, obserwując zdjęcia z jej podróży do Indii, które umieszczała dziesiątkami na Instagramie. Też tak chcę, marzyła, przyglądając się ołtarzykowi w jej domu. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej…


Mon Dieu, przechodziłam i przez taki etap. Widziałam w innych jakieś niedostępne dla zwyczajnych, szarych zjadaczy chleba - czyli dla mnie - obszary. Strefy zarezerwowane dla wtajemniczonych. Przestrzenie „tylko dla”. Nie ukrywajmy, wynika to i z niewiedzy, i z kompleksów.


Te drugie podszeptują, że jestem gorsza, nie zasługuję. Oczywiście, ze prowadzą do tego nasze doświadczenia z dzieciństwa, ale i niewiedza. Niewiedza, która w latach 80. mogła być usprawiedliwieniem dla mieszkańców małych miasteczek i wsi. Obecnie jednak mamy dostęp do wiedzy wszelakiej i być może chaos informacyjny może być w pewnym stopniu wyjaśnieniem, dlaczego sami siebie trzymamy w piwnicy owej niewiedzy.


Pierwsza kwestia dotyczy tej całej otoczki, która często zamydla oczy obserwatorom. Te wszystkie kadzidełka, olejki eteryczne, posążki Buddy, piramidy, minerały, horoskopy, numerologie, rytuały słowiańskie, wróżby i inne koncepty nie czynią z nikogo lepszego czy bardziej uduchowionego człowieka.


Owszem, horoskop fatalny (nie ten z kolorowej prasy) czy diament numerologiczny, jakikolwiek test talentu, Human Design są drogą do poznania siebie, do zrozumienia siebie. Mogą być deską, od której się odbijamy, by pofrunąć do prawdziwego życia. Nie są jednak wyrocznią, jedyną słuszną prawdą i wiedzą objawioną.


Owszem, kadzidełka, olejki, minerały, ołtarzyki mogą tworzyć piękną atmosferę (o ile zapach wosku nas uspokoi i pomoże pozbyć się nerwów przyniesionych z pracy) i przypominać o tym, co ważne (o ile spojrzenie na ołtarzyk zmobilizuje nas do medytacji). Ale to nie w nich jest moc, a w nas. Posążek Buddy może stać się ozdobą w takim samym stopniu jak ikona czy krzyż i nie mieć absolutnie żadnego wpływu na nasz stosunek do bliźnich, świata i siebie.


Owszem, wszelkie rytuały mogą być rusztowaniem, na którym zbudujemy codzienną praktykę. Jednak gdy pozostanie tylko forma, staną się wydmuszką i nie wzbogacą nas o nic.


Gdy więc widzimy zdjęcie kogoś w pozycji lotosu, to nie świadczy nawet o tym, że ten ktoś potrafi medytować. To jest jedynie dowód na to, że ma elastyczne kolana, biodra i kogoś, kto zrobi mu ładne zdjęcie. Gdy ktoś ma ołtarzyk w domu pełen posążków, minerałów, kadzidełek i świeżych kwiatów, to nie świadczy o tym, że osiągnął jakiś tam poziom uduchowienia, a jedynie o jego tęsknocie za czymś więcej lub zaledwie - bo i tak bywa - o pozorach. Gdy ktoś odprawia rytuały, zakopuje krew miesięczną w ziemi, kłania się Słońcu, żegna znakiem krzyża, nie oznacza, że dostąpił wiedzy tajemnej lub jest lepszym człowiekiem. Owszem, praktyki mogą nas do tego doprowadzić, ale samo ich praktykowanie jeszcze nie świadczy o miejscu, w którym jesteśmy.


Obłożenie się eksponatami, rytualne elementy na nic się zdadzą, jeśli nie są wypełnione treścią, znaczeniem, sensem.


Słuchanie podcastów, czytanie książek rozwojowych, udział w warsztatach nie zmienia nas. Zmienia nas praca nad sobą. Codzienna, czasem mozolna. Może i oparta o wiedzę zdobytą dzięki książkom, podcastom, warsztatom. Ale tylko praca, praca, która jest procesem. I - jak to proces - dokonuje się krok po kroku, nie nagle.  Często będącą jak taniec - dwa kroki w przód jeden w tył, a czasem jeden krok w przód, dwa w tył. Jasne, bywają objawienia i skoki kwantowe, ale one dotyczą zrozumienia, nie zachowania.


Medytacja nie jest świadectwem na uduchowienie. Nie jest relaksacją. Nie służy temu, żeby było milo. Nie jest kołysanką, przy której się usypia. Jest pracą na materii, jaką jest mózg. Jest zmianą jego odruchowych reakcji na siebie, drugiego człowieka, świat. Nie trzeba medytować w pozycji lotosu. Równie dobrze można to robić siedząc na ławce przed domem, w fotelu lub leżąc pod kołdrą (z zastrzeżeniem, że traktujemy jej jak sposobu na zaśnięcie) - to naprawdę nie ma znaczenia. Nie musisz trwać w medytacji godzinę, choć - jeśli potrafisz - to świetnie.


Chodzi o codzienną, systematyczną praktykę. Z medytacją jest jak z wyrywaniem chwastów - nie wystarczy zrobić tego raz a porządnie w kwietniu i mieć nadzieję, że wystarczy przynajmniej do kolejnego roku. Jest jak z dbaniem o figurę czy kondycję - nie wystarczy zrzucić nadmiarowe kilogramy i wrócić do pączków i drożdżówek w nadziei, że talia osy pozostanie trwałym stanem; nie wystarczy nabrać masy mięśniowej jednego sezonu i zalec na kolejne lata na sofie przed telewizorem w nadziei na trwałą sylwetkę atlety. Z medytacją jest jak z nauką języka. Nie wystarczy zdać egzaminu państwowego i nie mówiąc, nie słuchając, nie czytając, nie myśląc w tym języku znać go do śmierci na takim samym poziomie.


Zmiana, trwała zmiana nie dokonuje się z soboty na niedzielę. Nie podczas warsztatów. One mogą zainspirować. Temu służą. Praca jest do wykonania samodzielnie. Dzień po dniu.


Wierzę w zmianę, która odbywa się na wielu poziomach. Jednym z tych poziomów jest zmiana narracji. To może się odbyć na drodze terapii, Radykalnego Wybaczania, pracy z przekonaniami. Drugi poziom to wdrażanie pozytywnych interwencji psychologicznych, czyli narzędzi, które mogą pomóc wrócić do dobrostanu i go utrzymać. Trzeci poziom to neuromedytacja, czyli celowy dobór odpowiedniej medytacji, która ma w konkretny sposób wpłynąć na zmianę fal mózgowych i różnych struktur w mózgu (hipokampu, ciała migdałowatego, kory przedczołowej czy sieci DMT).


Rzucanie się na nowe narzędzia tylko dlatego, że są popularne, nie ma większego sensu. Nie mówię, że jest całkowicie pozbawione sensu. Jest jednak wyborem z cyklu: „bo tak”.  Medytuję, bo robi to Kasia. Słucham koncertów mis i gongów, bo to przyjemne. Praktykuję jogę, bo to modne. Nie tędy droga. To tylko narzędzia. Niekoniecznie ich potrzebujesz. Gdy chcesz wbić gwóźdź w ścianę, nie kupujesz piły. To nie znaczy, ze piła jest zła. To znaczy, że dobrym wyborem w tej sytuacji będzie młotek.


Zacząć trzeba od tego, czego potrzebujesz. Jak chcesz się czuć, funkcjonować. Do swoich potrzeb dobierasz odpowiednie narzędzia. Może to nie będzie joga, a rower. Albo odwrotnie. Może to nie będzie urządzenie ołtarzyka, a codzienna herbata z partnerem i/lub dziećmi. Może to nie będzie relaksacja a medytacja skupienia? Jeśli potrzebujesz więcej energii, lepszym wyjściem będzie wybranie joggingu (o ile masz derowe stawy) niż pilatesu. Jeśli potrzebujesz poprawić relację z koleżanką, może lepszym wyjściem będzie uważność niż medytacja transcendentalna. Jeśli chcesz się zrelaksować, może lepszym wyjściem będzie po prostu relaksacja niż medytacja skupienia?


To nie narzędzia są złe, są jedynie nieodpowiednio dobrane. Tak jakby kupować sweterek, bo „ładny”, nie zaś dlatego, że podkreśla nasz typ urody. Taki sposób nie przyniesie oczekiwanych efektów.


Obserwuję nasze wybory - i innych, i jeszcze czasem moje, nie będę udawać, że jest inaczej - i myślę sobie, ze zachowujemy się, jakbyśmy mieli dużo czasu i niewiele rozumu. Oczywiście uśmiecham się wtedy do tego małego dziecka we mnie, które chce, bo chce. I wysłuchuję, co ma do powiedzenia. Dlaczego „chce, bo chce”. Zastanawiam się, jak inaczej można zaspokoić tę potrzebę i staram się jednak wybrać mądrzej. Czasem jest jak w tańcu: jeden krok do przodu, dwa do tyłu.


Jednak, gdy się wie, dokąd chce się dojść, te dwa kroki wstecz mogą być cenną lekcją… O ile ma się  gotowość z niej skorzystać.

Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
bottom of page