top of page

Moment zatrzymania


Zapisujesz się na kursy, warsztaty, czytasz książki, słuchasz podcastów. A gdy życie podrzuca niechcianego gościa pod jakąkolwiek postacią, wszystko sypie się jak domek z kart. Okazuje się, ze Twój dobrostan jest zależny od tak zwanych okoliczności towarzyszących. I oczywiście tak jest. Sztuka jednak polega na tym, by umieć zachować wystarczający poziom dobrostanu, gdy coś się sypie.


A sypią się różne rzeczy. Sypią się związki, relacje, sypie się praca, sytuacja ekonomiczna, sypie się zdrowie – nasze i naszych bliskich. I co wtedy?


Bo wtedy właśnie jest moment, w którym można zobaczyć, czy to wszystko, co przyswajaliśmy, stało się naszym życiem, czy też było maską.


Gdy ponad dziesięć lat temu moja ginekolożka podczas USG zauważyła pewne nieprawidłowości w mojej piersi, nie ukrywam, że byłam przerażona. Zanim dotarłam do lekarza, sama sobie postawiłam diagnozę. Oczywistą. Chyba dwa miesiące upłynęły (specjalista, badania, specjalista), zanim się okazało, że to fałszywy alarm.


Mineło tych jedenaście lat. Jestem w innym miejscu. Właśnie po tych wielu kursach, warsztatach, książkach... I oto kilka dni temi ednokrynolożka podczas rytunowej kontroli odkryła całkiem solidny guz w mojej tarczycy. Niedowierzanie. Wszak wyniki doskonałe. Właściwie nie było po co jechać...


No i tu jesteśmy w momencie kluczowym. Reakcja. Wszak wiem już tak dużo. Mogłabym usiąść do medytacji, mogłabym odprawić jakiś rytuał, mogłabym wrócić do jakiegoś tekstu. Mogłabym powtarzać głośno, że to tylko iluzja, projekcja...


Nie. Po ludzku się zasmuciłam. Po prostu. I pozwoliłam sobie na smutek. Wieczorem obejrzałąm z mężem i przyjaciółką film. Trochę to była forma ucieczki, choć umawialiśmy się an ten wieczór. Ucieczka, bo zagłusyzłam smutek filmem. Odciągnęłam myśli. Ale może to i dobrze. Wszak nie na cały czas. Nie rzuciłam się w wir zadań, by w ogóle o tym nie myśleć.


Dziesiaj miałam sesję praktykancką Radykalnego Wybaczania. Była pokusa, by ją odwołać, by zakopać się w koc i przesiedzieć ten dzień przy kominku. Nie zrobiłam tego. Zrozumiałam, że to by było wejście w rolę ofiary. Biedna taka ja, ze świeżo odkrytym guzem. Sesja wyszła świetnie. Byłam skupiona na drugiej osobie, na jej ścieżce, jej potrzebach, jej doświadczeniu.


Po obiedzie czytałąm książkę i popłynęły mi łzy. Tak po ludzku pozwoliłam sobie na chwilę słabości. Na mieszankę lęku i smutku. Bez udawania, że jestem wysoce rozwiniętą duchową istotą. Podlegam prawom ziemskim (skoro tu jestem albo mi się tak wydaje, co na jedno wychodzi) i moje uczucia są ludzkie. I mam do nich prawo.


To danie sobie prawa do swoich uczuć jest wyzwalające. Nie muszę być silna. Nie muszę być wesoła. Nie muszę być nieustraszona. Mogę być sobą, ze swoimi doświadczeniami i uczuciami.


Siedzę teraz w swoim cudownym kąciku do pracy, piszę ten tekst i powoli zaczynam odczuwać spokój. Po coś to jest. Nie wiem, po co. Nie wiem wszystkiego. Nie będę uciekać przed swoimi uczuciami. Nie będę zakładać maski. Nie będę udawać sama przed sobą.


Ale wiem też, że po tym dniu, który był mi potrzebny, zaopiekuję się sobą bardziej. I przyjrzę się temu, co takiego w sobie noszę, czego nie chcę mieć. Jaki bagaż dźwigam. Bez stosowania żadnych duchowych bajpasów, bez przesiadywania w medytacji po kilka godzin, bez opowiadania wszem i wobec, że będzie dobrze, bez palenia świeczek i kadzidełek z wiarą, że one odczynią zło i przywrócą zdrowie.


W autentyczności, w zgodzie ze sobą. W daniu sobie prawa do chwili smutku. Do lęku. Do złości. I w zwiększonym dbaniu o ciało, emocje, relacje. W daniu sobie przestrzeni na myślenie o sensie. W kreowaniu.


Jestem ciekawa tego czasu. Bo, nie oszukujmy się, do diagnozy minie kilka miesięcy. To nie będzie zwyczajny czas. Mam nadzieję, że guz okaże się niczym groźnym. Ale póki tego nie wiem na pewno, będzie to czas specyficzny. Taki jak wtedy, tych jedenaście lat temu. Tylko teraz jestem w innym miejscu. Teraz nie chcę wejść w rolę ofiary (dlatego nie pisz, proszę, że wszystko będzie dobrze, nie wysyłaj wiadomości z pułapu współczucia), teraz chcę świadomie się sobie przyglądać. Swoim uczuciom, myślom. Swoim działaniom. Swojej pracy. Swoim relacjom – z innymi i sobą.


Ode mnie zależy, jaki ten czas będzie.


Co ciekawe – w najbliższy czwartem prowadzę krąg kobiet. Planując go, pomyślałam, że przy okazji stycznia może warto porozmawiać o początkach. I nie wiem, jak i kiedy, dopisałam – o końcach... o narodzinach i śmierci.. fizycznej i metaforycznej. To będzie piękny krąg. Zupełnie inny niż planowałam...


Zbieg okoliczności? Ciekawe, prawda?


Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
bottom of page