Jak to jest?
- Ewa Joanna Sankowska

- 6 sie
- 4 minut(y) czytania

Jak to jest z tą medytacją? Gdy ostatnio pewne wydarzenie wywołało mój wewnętrzny gorący sprzeciw, zapytała, dlaczego się denerwuję, skoro medytuję i czy może medytacja nie działa, skoro pomimo praktyki poczułam złość?
Po kolei. Medytacja nie wyjaławia nas z emocji i uczuć. Jesteśmy ludźmi i nie możemy nie czuć. Brak odczuwania jest spowodowany dysocjacją, depresją i stany takie podlegają terapii, leczeniu. Nie są uznawane za stan pożądany. Tak więc całe szczęście medytacja do tego nie prowadzi.
Medytacja to praca w mózgiem, polegająca na ćwiczeniu fal mózgowych, by działały tak, jak tego potrzebujemy. Jeden potrzebuje więcej skupienia, inny więcej spokoju, inny jeszcze więcej samowspółczucia etc. Do tych potrzeb i aktualnego sposobu pracy naszego mózgu dobieramy medytację. Żadna z nich nie uczy i nie ma za cel zobojętnienia na czynniki zewnętrzne (choć nieumiejętnie dobrana medytacja może do takiego stanu doprowadzić).
Tak więc praktycy medytacji odczuwają smutek, przechodzą żałobę, złoszczą się, rozczarowują się, odczuwają przykrość. Całe szczęście pozostają ludźmi.
Co wiec ich różni od nie-praktyków? Po pierwsze zdają sobie sprawę ze swoich emocji i uczuć, z czego nie zawsze zdają sobie sprawę osoby niemedytujące. Potrafią nazwać te uczucia, powiedzieć: jestem zła, jest mi przykro, czuję się oszukana.
Po drugie wiedzą, czym te emocje są spowodowane. Rozumieją, że - choć wywołuje je czynnik zewnętrzny - to porusza on to coś w nich, co domaga się przyjrzenia. Czyli wiem, że to nie jest tak, że Jola mnie zdenerwowała faktem stłuczenia dzbanuszka, a fakt, iż został on stłuczony przez Jolę wywołał moje nerwy, ponieważ (i to jest ważne) jestem do niego przywiązana i jego stłuczenie dotyka mojej historii (oczywiście tu można zagłębić się bardziej, ale nie o to teraz chodzi). Nie o Jolę i jej gapiostwo chodzi, a o mój stosunek emocjonalny do przedmiotów.
Po trzecie biorą za te swoje emocje odpowiedzialność. To nie Jola mnie zdenerwowała, a ja się zdenerwowałam. To jest moje uczucie. Jola, jak jest, każdy widzi. Stąpa nieuważnie, nie przejmuje się drobiazgami, nie widzi detali, idzie przez życie (i mieszkanie) jak taran. Nie jest to o usprawiedliwianiu Joli, bo widzimy, że ma w nosie cudze uczucia i nie jest to obiektywne rzecz biorąc chwalebna cecha, ale ta opowieść nie jest o Joli. Zatem nie usprawiedliwiamy braku uważności, ale rozumiemy mechanizm jej działania. I wiemy, ze nerwy są spowodowane naszą reakcją na Joline zachowanie.
Po czwarte nie rozpamiętują tych historii, nie tkają wielu scenariuszy na przyszłość. Nie przewracają się w nocy z boku na bok, rozpamiętując haniebny postępek Joli. Nie tkają historii, jak to Jola następnym razem stłucze pamiątkę po babci, jak to my jej wreszcie wygarniemy czy jak to doprowadzi nas do kompletnej ruiny, podpalając dom. Strata jest stratą, można odbyć żałobę i po wazoniku, ale bez rozpamiętywania całej historii.
Kiedy więc uslyszałam pytanie: jak to jest, że się denerwujesz pomimo praktyki medytacyjnej, odparłam, że normalnie. Ciagle jestem człowiekiem. Ciągle mam uczucia. I wiekszą ich świadomość.
Bo co się takiego wydarzyło? Powróciły echa czasów - miałam nadzieję - minionych. Zdenerwowałam się tym, że nie znalazłam sensu tam, gdzie go oczekiwałam. Rozczarowało mnie to. Zirytowało. I to było o mnie. O tym, że oczekuję, iż inni ludzie także sens uczynili najważniejszą wartością. Czyli zezłościło mnie, że inni mają - nomen omen - inaczej. Badałam dalej. Rozczarowanie. Oho, ono jest też o oczekiwaniu w związku z moim obrazem świata. Coś wydawało się jakieś, zatem dopisałam do tego pewne implikacje, jak się okazało, fałszywe.
Innymi słowy fakt był, jaki był. To nie o nim ta cała historia. Historia jest o tym, że mój obraz świata i moje oczekiwania zderzyły się z rzeczywistością i narobiły hałasu. Dobrze było usiąść i się nad tym pochylić. Nie dla samego rozmyślania. Dla nauki.
A nauka jest zacna. Po pierwsze: sprawdzaj zanim wejdziesz głębiej. Po drugie: nie masz obowiązku tkwić w relacji (osobistej, towarzyskiej, zawodowej), jeśli ci ona nie odpowiada. Po trzecie: każdy ma prawo do swojego widzenia świata, swojego stylu działania, swoich wartości i nie ma większego sensu z tym walczyć.
Robi się nieco trudniej, gdy sprawa dotyczy jakiejś wspólnej przestrzeni, na przykład zawodowej. Cóż, wtedy taka konfrontacja jest niezwykle przydatna. Jeśli obie strony są skłonne do znalezienia wyjścia win-win, to super. Jeśli najlepszą opcją jest kompromis, to może nie ma sensu w takim układzie tkwić? Taki brak perspektyw spowodował, że odeszłam z etatu, bo zrozumiałam, że z systemem nie wygram, a nawet do kompromisu było daleko.
Kiedy wiec zapytała, jak to jest, że pomimo medytacji tak bardzo mnie poruszyła ta sytuacja, pomyślałam sobie, że praktyka mnie uratowała. Owszem, zdenerwowałam się. Owszem, [pojawiły się inne niewspierające uczucia, ale przecież ileż wiedzy mi to dało.
Utwierdziłam się w przekonaniu, że ten parasol sensu jest dla mnie tak istotny, że nie będę się angażować w aktywności , w których owego sensu nei dostrzegam wcale bądz1 zaledwie w nikłym stopniu. W praktyce doświadczyłam tego, o czym mówię, i potwierdziłam to słowami, emocjami, odczuciami z ciała i działaniem.
Utwierdziłam się w przekonaniu, że mam określony azymut i idę w tę stronę w poczuciu zgodności ze swoimi wartościami.
Utwierdziłam się w przekonaniu, że znam swoje „dlaczego”.
Utwierdziłam się w przekonaniu, że działanie z poczucia „powinnam” jest o kant stołu rozbić, wywołuje we mnie frustrację i inne niewspierające uczucia.
Utwierdziłam się w przekonaniu, że każdy z nas ma inne wartości i nie jest moim posłannictwem czynienie z naprawy świata swojej odpowiedzialności.
Utwierdziłam się w przekonaniu, że każda mało komfortowa sytuacja może się stać okazją do nauki.
Tak więc na pytanie, jak to jest, że pomimo praktyki się zdenerwowałam, pomyślałam sobie, że dzięki praktyce wyniosłam z tego wiele korzyści.
Utwierdziłam się w przekonaniu, że praktyka działa.
Co daje praktyka? I co dała w tym przypadku? Po pierwsze umiejętność obserwacji - swoich uczuć, ich prawdziwych przyczyn, tego, jak wpływają na moje ciało, słowa i decyzje. Po drugie - umiejętność oddzielenia ludzi od ich czynów. Po trzecie - umiejętność dania sobie prawa do uczuć i ukochania siebie w najtrudniejszym momencie. Po czwarte - umiejetność przeniesienia uwagi na to, co wspiera, czym chcę się zajmować (zrodził się nowy pomysł, który chętnie zrealizuję). Po piąte - umiejetność rezyliencji.
Czy to mało? - spytałam. Jak dla mnie - wystarczająco dużo, by praktykować dalej.



Komentarze