Klucz do siebie
- Ewa Joanna Sankowska

- 9 sie
- 3 minut(y) czytania

Ktoś coś. Jak zwykle. Za szybko, za wolno. Za głośno, za cicho. Za dużo, za mało. Przeciwko mnie.
Trzeba się obronić. Odeprzeć atak. Wyjaśnić. Żeby wiedzieli, że jest inaczej. Zrozumieli, zaakceptowali. Przyznali rację. No. Wtedy, gdy racja jest moja, mogę odsapnąć. Na chwilę. Bo oto znowu ktoś coś.
Mon Dieu, jakże często przez to przechodziłam. Wiem, jak to jest. Nie żebym teraz była od tego wolna. Pojawia się czasami ta potrzeba postawienia kropki na końcu dyskusji. Żeby moje. Nie ich. To rozszalałe ego, które czuje, że zginie, rozpłynie się w nicości, gdy nie zaznaczy swojego terenu. Moje, dla mnie, ja, mnie, mi, mną… I tak w kółko, aż do zawrotów głowy. Aż do mdłości.
I ten dialog w zmęczonej głowie… Że nie rozumieją, nie doceniają, nie pomagają, nie tkwią w zachwycie. Co zrobić, by zrozumieli. Przecież to takie ważne. Bez tego nie ruszę dalej. Och, jakież to niesprawiedliwe. Dlaczego zawsze mnie to spotyka. Nie dam rady tak dłużej. Jestem zmęczona. Muszę odpocząć. Jeszcze tylko raz ocalę Świat… Choć i tak nikt mi za to nie podziękuje… Taki los, tacy ludzie, a ja biedna, za dobra dla niego… I jednocześnie za mała, za słaba, za byle jaka…
Nakręcona jak spirala. Żeby więcej. Żeby zdążyć. Żeby zasłużyć.
Ze strachu. To wszystko powodowane jest strachem. Przed brakiem akceptacji, uznania, miłości, poczuciem wspólnoty, odrzuceniem, samotnością. A za tym wszystkim idzie strach przed śmiercią. No bo przecież ten brak akceptacji, uznania, miłości, odrzucenie prowadzi do wyeliminowania z grupy. Do wyrzucenia poza nawias. Poza obręb osady. A tam wiadomo - groźne zwierzęta, brak pożywienia, żywioły. Śmierć.
Narracja w głowie jest zakamuflowana. Nie pojawiają się w niej tygrysy, głód, bezdomność. Nasze obecne strachy przebrane są we współczesne kostiumy. Cóż jednak z tych kostiumów, skoro uczucia te same - strach, panika, przerażenie. Cóż jednak z tych kostiumów, skoro ciało reaguje tak samo - spięciem karku, drżeniem głosu, zaciśnięciem gardła, cegłówką w żołądku etc.
Ten drugi człowiek i słowa przez niego wypowiadane stają się sztyletem wymierzonym w moje serce. Trzeba się bronić. Albo uciekać. No chyba że nie będę w stanie zrobić ani jednego, ani drugiego i zamarznę. Może przestanie mnie widzieć? Odczepi się, odejdzie, zostawi w spokoju? To są rozwiązania, które w swoim wachlarzu ma ciało migdałowate.
A jednak…. A jednak można rozejrzeć się dalej. Poza wąski pas tego, co w odruchu bezwarunkowym. Wykarczować nową ścieżkę w dżungli starych przyzwyczajeń, nawyków, zachowań umysłu oddolnego. Dzień po dniu. Kawałek po kawałku. Krok po kroku.
Potrzebna jest decyzja. Świadoma. Dojrzała.
Decyzja, która oparta jest o znajomość siebie. Nie o „tak już mam”. A o „taka jestem, akceptuję to, mając to na względzie, teraz będę działać inaczej.
Transformacja nie jest zmianą. Jest akceptacją i wykorzystaniem tego, co mamy, do wzrostu. Temperament jest atutem. Talenty są zasobem. Nasze niedoskonałości, braki, demony - przestrzenią do uważności, do objęcia planem.
Nie ma potrzeby bronić się przed atakiem, który wcale nim nie jest. Nikt nas nie atakuje. Sami to sobie robimy, interpretując czyjeś zachowania, słowa, gesty. Sami sobie - w odpowiedzi na urojony atak - każemy sobie walczyć czy uciekać. Walczyć tak naprawdę ze sobą. I uciekać przed sobą.
Tak. Walczyć ze sobą. Wyrzucać sobie, że czemuś nie podołaliśmy. Oskarżać się o nieudolność. Wytykać sobie błędy. Drwić z potknięć. Szydzić z upadków. Kpić z niewiedzy. Obrażać się, używając słów, jakich nie użylibyśmy wobec przyjaciela. Dokopywać, gdy jesteśmy bezbronni.
I uciekać przed sobą. Nie słuchaj swoich potrzeb. Nie stawać w swojej prawdzie. Nie dbać o siebie. Nie troszczyć się o siebie. Nie podnosić głowy. Zatkać uszy na swoje potrzeby, na wartości, na ideały. Być posłusznym wobec kogoś, pokornie znosić upokorzenia. Nie myśleć. Nie czuć.
Mieć tylko jedną myśl: nie zasługuję. Dlatego inni mogą, a ja muszę.
Ta myśl jest toksyczna. To autosabotaż. Cios zadawany sobie. A przecież można inaczej. Można krok po kroku, dzień po dniu wyciszać ten dialog, te ciosy, te zarzuty, ową narrację, która zabija zamiast dodawać skrzydeł.
Nauczyć swój mózg innej pracy. Innych reakcji. Innego postrzegania świata. Innego postrzegania siebie. Innego stosunku do tego, co dzieje się w nas. Zrozumieć, dlaczego tak reagujemy, Zaakceptować, że „jestem, jaka jestem”, ale nie machać tym jak sztandarem, a wykorzystać tę wiedzę dla swojej korzyści.
Każdego dnia, siadając do praktyki, rozumieć, że nie zmieniamy siebie w kogoś innego, a uczymy się obsługi tego skomplikowanego, wrażliwego tworu, jakim jesteśmy.
Każdego dnia, siadając do praktyki, z życzliwością wobec siebie obserwować ten niezwykły byt i znajdować do niego klucz.


Komentarze