top of page

Na co nam mi to?


Na co komu spotkania? Przecież tak wiele można załatwić on-line... Wysłać maila, SMS, napisać na komunikatorze etc. Załatwić sprawę, nie mając bezpośredniego kontaktu z drugą osobą. To – pozornie – minimalizuje szansę konfliktu, oszczędza czas, zrzuca z nas ciężar odpowiedzialności.


Pracowałam ponad dwadzieścia lat w szkole i widziałam zachodzące zmiany. Na początku lat dwutysięcznych podczas przerw młodzież spędzała czas ze sobą. Pod koniec mojej pracy, na początku lat dwudziestych, przerwy bywały przygnębiające – młodzi ludzie siedzący obok siebie na ławkach czy podłodze – z nosem w telefonie. Oczywiście – generalizuję. Nie wszyscy i nie zawsze. Oraz nie tylko młodzież. Obserwacje dorosłych ludzi w pociągach czy komunikacji miejskiej (z tą mam mniejszy kontakt, więc opieram się na spostrzeżeniach innych) wskazują na to, że to nie :ach, ta dzisiejsza młodzież”, bowiem wpadliśmy w tę zasadzkę wszyscy niezależnie od wieku, statusu społecznego, płci, zawodu, zainteresowań.


Pytanie brzmi, czy obserwacja świata wirtualnego niesie ze sobą jakieś towarzyskie profity?


Nie chcę psioczyć na telefony, Internet – to narzędzie jak każde inne. Nożem można ukroić chleb i kogoś zabić. Ten artykuł piszę wszak na komputerze, prześlę, korzystając z Interentu, a Ty go czytasz też za jego posrednictwem – w telefonie czy komputerze. Nie chodzi więc o czarno-białe rozstrzygnięcia. I nie o ogarnięcie całego zagadnienia.


Jestem wdzięczna za Internet, gdy mogę spotkać się wirtualnie z ludźmi oddalonymi ode mnie o dziesiątki czy setki kilometrów. Technologia załatwia sprawę w tak zwanych szybkich tematach. Właśnie skończyłam dwuminutową rozmowę z przyjaciółką dotyczącą wspólnego wyjazdu do specjalisty. Super sprawa.


Ale... czy można zastąpić prawdziwą relację podglądaniem, co inni publikują na swoich profilach? Czy można zastąpić prawdziwą rozmowę sporadycznymi wiadomościami? Oczywiście odpowiedź jest negatywna. Pytanie brzmi, co nam umyka? Co tracimy?


Myślę, że pierwszym aspektem jest utrata uważności. Prześlizgujemy się po powierzchni, ponieważ podczas rozmowy z kimś, atakują nas inne bodźce, inne aplikacje, inne informacje. Przeskakujemy z jednej przestrzeni w drugą, siłą rzeczy tracąc treści, które wyłapalibyśmy, gdybyśmy byli skupieni tylko na jednym człowieku. Sami też prowokujemy utratę uważności nawet podczas spotkań na żywo, kładąc na stole telefon. Kolejna dawna uważności umyka, gdy reagujemy na dźwięki powiadomień. Często tłumaczymy, że telefon jest dlatego na stole, że ktoś może zadzwonić. No i co? - pytam. Zadzwoni później. Takie odbieranie telefonów podczas spotkań bardzo osłabia uważność.


Za utratą uważności idzie spadek zaangażowania. Nasza podzielona uwaga nie może ogarnąć zbyt wiele bodźców. Mamy pewną pojemność, nie da się objąć uwagą wszystkiego.


Tracimy szansę na empatyczne bycie z drugą osobą. Na odczucie tego, co ta osoba czuje. Na podzielenie się sobą. Na wniesienie od siebie i zaczerpnięcie dla siebie. Tracimy sens relacji, sprowadzając ją do powierzchownych kontaktów.


Trudno się dziwić, że czujemy się coraz bardziej niewystarczający. Tkwiąc z nosem w telefonie, siłą rzeczy zaczynamy się porównywać do tego, co tam znajdujemy. I chociaż zdajemy sobie sprawę z tego, że to tylko kreacja, wystudiowane pozy, obrobione zdjęcia, to jednak i tak zestawiamy je ze swoją codziennością. I wynik nas poraża.


Nie jest dziełem przypadku, że czujemy się coraz bardziej samotni i niezrozumiani , skoro zrodziło się przekonanie, że nie dorastamy innym do pięt. I skoro nasz kontakt z nimi ogranicza się do coraz bardziej powierzchownych spotkań, coraz bardziej jałowych rozmów.


Co więc można w takiej sytuacji?


Można spróbować ratować to, co się ma. I/lub budować nowe relacje w oparciu o wartości. Zacząć można od zrobienia sobie mapy przyjaciół. Czyli od przeanalizowania, z kim wchodzimy w relacje, jakie są te relacje, co nam dają, na czym polegają. Czy podtrzymuję kontakt tylko dlatego, że trwa on tak długo, że głupi się wycofać? Zastanowić się, jak się czuję, gdy wybieram się na spotkanie, jak się czuję podczas spotkania, jak się czuję po spotkaniu.


Można postanowić sobie – najlepiej w porozumieniu z drugą stroną – że podczas spotkań odcinamy się od świata zewnętrznego, rezygnujemy z telefonów (wyciszamy je). Skupiamy się tylko na sobie.


Można poobserwować siebie i tę drugą osobę. Co mówi i jak mówi. Jak się zachowuje. Jak reagujemy na jej słowa, gesty, barwę głosu. Pobawić się w detektywa i poszukać, co się kryje za słowami. Tam dopiero jest przestrzeń do eksploracji... Tam są te niewyrażone uczucia, pragnienia, tęsknoty, bóle...


Można ustanowić sobie jakieś rytuały związane ze spotkaniami. Jeden dzień w tygodniu (wzorem Słodkich magnolii), miejsce spotkań – w domu (Słodkie magnolie, Gotowe na wszystko, Czarownice z Eastwick) lub w lokalach (Seks w wielkim mieście). Można ustalić elementy spotkań (dzbanek herbaty, wino, wspólne gotowanie, a potem jedzenie, plażowanie, spacery etc.). Można umówić się na spotkania w dresach (bo wygodnie) lub sukienkach (bo odświętnie). Można uczynić wszystko, na co zgodzą się uczestnicy (dwie osoby, trzy czy cztery – nie ma znaczenia).


Można też podtrzymywać kontakt z kimś, kto mieszka dalej poprzez powrót do epistolografii. Listy pisane piórem, na papierze, zapakowane w kopertę są czymś zupełnie innym niże maile. Zawierają charakter pisma, rytm, niosą historię podróży – od domu do domu. Dają naprawdę niezwykle dużo frajdy – i piszącemu, i czytającemu.


Na co to komu?


Jesteśmy istotami społecznymi. Poza wspólnotą czujemy się samotni, zagrożeni, niepełni. Wspólnota nam daje to, co świadczy o człowieczeństwie. Relacje. Żyjemy w relacjach. Śmiem twierdzić, że jakość naszego życia jest uzależniona od jakości naszych relacji. Warto więc je pielęgnować, by podnieść poziom swojego dobrostanu.

Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
bottom of page