Ucieleśnić zamierzenia.
- Ewa Joanna Sankowska

- 4 sty
- 3 minut(y) czytania

Gdy doświadczam jakiegokolwiek początku, pojawia się uczucie świeżości. To może być początek wakacji, urlopu, nowego projektu czy – jak teraz – nowego roku.
Odświeżający jest fakt, że otwieram nowy rozdział, że jeszcze nie jest on skażony niewspierającą myślą czy uczuciem. Jeszcze jest pełen potencjału i samych możliwości. Pełen nadziei. Jeszcze moje chęci są spakowane w wygodny plecak z dostępnymi kieszeniami.
Pojawia się – jak każdego roku – pytanie: jak długo to potrwa. Podobno postanowienia noworoczne umierają śmiercią powolną w połowie lutego. I zwykle jest to śmierć powolna, której zwiastuny widoczne są już w drugiej połowie styczniu. To ciekawe. Planujemy coś i sami to sabotujemy. Może więc wcale tego nie chcemy? A może chcemy, ale nie potrzebujemy, więc mózg buntuje się przeciwko zbędnemu wydatkowaniu energii?
A może zabieramy się do zagadnienia od niewłaściwej strony? W niewłaściwy sposób?
Co zatem zrobić, by postanowienia noworoczne (i jakiekolwiek inne) miały szansę przetrwania?
Po pierwsze trzeba wiedzieć, dokąd się zmierza. Tylko tak można tam dotrzeć. Ale robię to teraz inaczej. Wyznaczam sobie azymut, nie sztywny cel. Wiem już, że podczas drogi wiele może się zmienić. Wraz ze świeżo zdobytymi doświadczeniami możemy nabrać apetytu na coś innego, zrezygnować z czegoś, coś dopisać. Wiedząc jednakże, dokąd zmierzamy i – przede wszystkim – dlaczego tam, a nie gdzie indziej – możemy sobie pozwolić na korektę kursu. Bez poczucia, że nie odhaczyliśmy tego konkretnego puntu na liście. Bo nie o odhaczanie w życiu chodzi, a o realizację siebie.
Odkąd poznałam Sylwię Petrynę, spadłą ze mnie konieczność zrobienia wszystkiego od razu. Sylwia pracuje zgodnie z filozofią Kaizen i promuje (między innymi, bo Kaizen to wiele więcej) metodę małych kroków. Niby zagadnienie jest znane. Niby babcia też mówiła, że powoli, powoli. Niby moja koleżanka Justyna też mawia: pomalu, pomalu. A jednak – gdy nie było teraz, natychmiast, już – miałam tak zwanego nerwa, jak mawiała inna moja serdeczna koleżanka, Joasia.
Było, minęło. Nie rzucam się już na głęboką wodę, gdy przyjedzie taka idea. Jest to w moim wydaniu sprawa nie taka łatwa, bo jako Kreator/Innowator/Manifestujący Generator najchętniej wdrożyłabym w czyn każdy pomysł, który zawita do mojej głowy. Nauczyłam się więc wcielać je w życie nieco inaczej niż dotychczas. Żyję pomysłem, ale rozpisuję go sobie na etapy i dążę PO KOLEI do realizacji każdego celu. Małymi krokami. W ten sposób wilk syty, i owca cała – mam poczucie, że działam, osiągam cele, ale nie stawiam sobie od razu celu końcowego. W ten sposób nie zniechęcam się szybko, gdy nie widzę mety. Małe sukcesu też cieszą. I zbliżają do tego, co gdzieś tam na horyzoncie.
Wreszcie potrafię już wykorzystywać to, co onegdaj nazwałabym porażką. Wiem, że rzeczy nie dzieją się nam, a dla nas. To zmienia wszystko. Nie dość, że nie tkwię w roli ofiary, której przydarzają się Boże dopusty, to jeszcze stanowi to dla mnie materiał do wniosków na przyszłość. Do spojrzenia na siebie, na to, jak się zachowuję w danej sytuacji i z czego to wynika. Bo dzięki Radykalnemu Wybaczaniu wiem, że to nie świat mnie drażni, irytuje, boli, a ja sama wpadam w rozdrażnienie, irytację, ból.
Ucząc się na swoich potknięciach, zdobywam nowe umiejętności i bardzo je sobie cenię. Gdy tak patrzę wstecz na to, czego się nauczyłam, co osiągnęłam, jakie ograniczenia przekroczyłam, na co się zdobyłam, jestem pod wrażeniem. I nie jest to zwykła samochwałka. Gdzieś – nie wiem nawet gdzie, kiedy i jak – nauczyłam się doceniać swoje osiągnięcia i rozszerzać zakres swoich umiejętności. Teraz, gdy to piszę, uśmiecham się do siebie, ponieważ zabieram się do kolejnego niezwykłego projektu. I nawet, jeśli nie skończy się on fanfarami (choć dlaczego miałby się tak nie skończyć?), to wiem, że nauczę się tak dużo, że dla samego procesu czuję ekscytację.
Wyznaczam sobie nagrody za zdobycie kolejnych etapów. To świetna sprawa. Można z tego uczynić swój rytuał. Za każde 3 kg – nowa bluzeczka lub apaszka. Za każdy tydzień codziennych medytacji – książka. Za każdy tydzień porannego wstawania – kawa z ciachem w pobliskiej kawiarence.
Nagroda i jednocześnie świadomość, że jest się krok dalej. Częstotliwość nagród uświadamia, że jestem dalej, że posuwam się do przodu. Że zbliżam się do tego, co sobie wymarzyłam.
Wreszcie otaczam się ludźmi, którzy mnie wspierają. To zresztą jest kwestia szersza. Jeśli bliscy cię nie wspierają, to na pewno warto z nimi być blisko? I czy aby na pewno jest to bliskość? Czy tłumaczenie, że nie ma się czasu, że praca, dom, dzieci zabierają tak wiele godzin, jest wytłumaczeniem na brak zainteresowania?
Tak więc moje zamierzenia nie są sztywnymi punktami, postanowienia nie mają charakteru zero-jedynkowego, przyglądam się im i sobie w procesie, nagradzam się, uczę, motywuję i otaczam się ludźmi, którym na mnie zależy.






Komentarze