top of page

Pod koroną


Maluję. Siedzę pod rozłożystym orzechem i maluję.


Ostatnio ze smutkiem obserwowałam dzieci w wieku szkolnym, które już zostały dotknięte trędowatą różdżką polskiej edukacji i jeszcze przed przystąpieniem do twórczości weszły w szkolny rytm działania - po linii najmniejszego oporu i według znanych schematów. To, o czym piszę, nie dotyczy ani tych dzieci, ani dzieci w ogóle. Dotyczy tak naprawdę i dorosłych. Wszystkich nas, którzy pozwoliliśmy, (nie wiedząc, że mamy inne wyjście) stłamsić w sobie wyobraźnię.


Czasem udaje się z tego wyjść. Czasem spotykamy ludzi, którzy nas zainspirują. Czasem spotykamy ludzi, którzy nam pomogą. Czasem doświadczymy tak dojmującego smutku, że odbijamy się od dna i fruniemy do Słońca, nie chcąc ani chwili dłużej spędzić w mule szarości, rozpaczy i bylejakości.


Moje lekcje plastyki były bardzo miłe, ale system każący oceniać wytwory dziecięcej kreatywności spowodował, że - pomimo cudownej nauczycielki - wstydziłam się każdego swojego rysunku, porównywałam go z rysunkami innych, nie miałam chęci do artystycznego wyrażania siebie.


Musiało minąć wiele lat, żebym mogła odblokować w sobie przycisk odpowiedzialny za sztuki plastyczne. I nie, nie znam się na technice, nie potrafię narysować drzewa, twarzy, niekoniecznie mam pragnienie oddawania perspektywy. I to w ogóle jest nie o tym. To, o czym napisałam, jest rzemiosłem. Owszem, można posiąść sztukę rzemiosła i stać się artystą (bądź pozostać rzemieślnikiem), ale można też bawić się samym procesem twórczym.


Nie będę tu dyskutować, co uznajemy za sztukę, kto jest artystą, bo nie o tym ten tekst. Chcę powiedzieć, że gdy - dzięki Vedic Art - odblokował mi się przycisk: kreatywność, stało się kilka rzeczy. Po pierwsze przestałam się przejmować, czy komuś się podoba to, co robię. Po drugie zaczęłam się bawić tworzeniem. I owa beztroska radość  podnosi w moich oczach wartość tego, co robię, Po trzecie widzę wpływ malowania na swoje życie. Kreatywność rozszerzyła się, rozlała, zawładnęła dziedzinami dotąd podlegającymi schematom.


Maluję zatem jakieś bliżej niezidentyfikowane elementy i myślę sobie, jak to byłoby dobrze, gdyby nie trzeba było zbierać się do kupy do doświadczeniach edukacyjnych. Jak to byłoby dobrze nie wygrzebywać się spod szlamu oświatowego dramatu, by móc rozkwitnąć. Jak by to było dobrze nie musieć odchorowywać doświadczeń szkolnych.


Ale zaraz przychodzi myśl, że dzięki temu doświadczeniu - nie ukrywajmy: nie łatwemu - to, co i jak robię teraz, jest moim o tylko moim sukcesem. Nie ma tu miejsca na nikogo, kto mógłby powiedzieć: oto moja przemyślana procedura edukacyjna doprowadziła ową kobietę do tego miejsca, w którym jest.


Nie. Owa kobieta, czyli ja, doszła do tego miejsca, w którym jest, wygrzebując się po niewspierających doświadczeniach edukacyjno-wychowawczych. Nie ma tu wielu matek sukcesu. Jest jedna. Ja.


Chcę powiedzieć, że - być może - potrzebne mi, nam było takie a nie inne doświadczenie. Może potrzebne było bagno, byśmy mogli odkryć, że chcemy inaczej. I że możemy inaczej. Że w każdym z nas tkwi taki Wokulski, który ma moc stworzenia siebie od zera. Może - gdybyśmy nie mieli takich doświadczeń - nie docenilibyśmy mocy tkwiącej w nas samych?


A może nie. Kto wie.


Jedno jest pewne. Siedząc pod rozłożystą koroną orzecha, czuję wdzięczność za miejsce, w którym jestem. I myślę sobie, że może te dzieci, naznaczone doświadczeniem rodem z pruskiej szkoły mają przed sobą wspaniałą przyszłość dzięki wrodzonej potrzebie kreacji. I jeśli teraz została ona przyduszona, to wybuchnie kiedyś, nie dając się dłużej trzymać pod pokrywką konwenansów, nakazów i zakazów. Może - trzymana teraz w ryzach  norm i reguł - wybuchnie kiedyś pięknem i da początek cudownym wydarzeniom…

Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
bottom of page